
10.07.2013 20:57
2 tyś km na resztkach...łańcucha - zakonczenie
Powoli zbliżam się do końca mojej
relacji. Ty razem kończąc wycieczkę przed mostem skręciłem w lewo
wyjeżdżając tuż przy Tłustej Górze na drogę do Czarnej.
Nazwa ta
pochodzi z początków kolonizacji Bieszczad, a tłustość
odnosi się do występujących u jej podnóża samoistnych
źródeł oleju skalnego, czyli ropy naftowej. Eksploatację
złoża na skalę półprzemysłową rozpoczęto w 1870 i trwała
ona z przerwami do końca XX w. Szyby naftowe były usytuowana po
obu brzegach rzeki. Wróćmy jednak na drogę, kiedy już
nacieszyłem oczy widokiem Sanu w pobliżu Tłustej Góry,
ruszyłem w kierunku przystani. Po przejechaniu ponad dziesięciu
kilometrów na postoju, który przypadł na miejsce
widokowe stwierdziłem brak skórzanej sakwy, która z
boku była przytwierdzona. Miałem dość, a tu wychodzi, że muszę na
szlak wrócić. Zrobiłem rachunek, co ja tam miałem i
wyszło, że w Skawie zostały narzędzia, woda i kable do kamery,
trzeba było wrócić. Po przejechaniu dodatkowy 17 km
znalazłem sakwę na szlaku po wyżej mostu na Sanie. Zanim
wróciłem do przystani zrobiłem zakupy w sklepie
postanowiłem zrobić pożegnalną kolację. Kupiłem kawał
karkówki, kilogram pomidorów, makaron rurki,
kubeczek śmietany, odrobinę sera i bazylię do smaku, sól i
pieprz miałem w plecaku. Kolacja wyszła wyborna, mięso pokrojone
w słupki do tego pomidory, a kiedy już wszystko
„doszło” dodałem śmietanę i przyprawy. Na stół
„wjechały” głębokie talerze, kiedy makaron był
aldente, zawołałem wszystkich na wieczerzę. Po całym dniu pracy
na świeżym powietrzu wszystkim smakował, a Marek stwierdził, że
to zły pomysł abym wyjeżdżał. Zanim się ściemniło jeszcze razem
popracowaliśmy przy ogrodzeniu, które wymagało skończenia.
Jeszcze tylko wieczorne ognisko, przyroda jakby wiedziała, przez
cały tydzień bardzo się starała, aby mnie do Bieszczad zniechęcić
jednak pod koniec widząc moją determinacji i zachwyt sprawiła, że
noc była przepiękna w nagrodę pozwoliła nam rozpalić ognisko.
Były jeszcze kiełbaski i zimne piwo tak do północy na
rozmowach nam zeszło.
Trzeba było do łóżka, aby choć trochę się przespać. Pobudka o czwartej, pierw, łazienka, kiedy już byłem ubrany ostatni rzut oka czy wszystko zabrałem, schodząc z piętra Marka obudziłem, chciał wstać rano i wypić kawę za nim odjadę. Tak nam zeszła godzina przy dużej czarnej, która jak już na początku pisałem smakuje w tym miejscu wybornie.
Gdy już miałem odjeżdżać mała katastrofa się przydarzyła, Junaczek, który do tej chwili stał jam wmurowany przewrócił się na bok z całym majdanem, szlak trafił klosz od kierunkowskazu. Po oględzinach stwierdziliśmy zgodnie, że to wszystko, więc ruszyłem w drogę. Bieszczady do Sanoka żegnały mnie mgłą, a do Rzeszowa smagały deszczem Do Warszawy dotarłem bez przygód, zjadłem kanapkę i frytki w Mac barze i tu troszkę zacząłem się niepokoić gdyż łańcuch był już luźny, a do końca naciągnięty został w Czarnej.
Był taki długi, że bez trudu bym go ściągnął z tylnej zębatki dwoma palcami.
Zostało jeszcze do przejechania 400 km. Nie byłem pewny czy dam radę, najpierw powoli jak żółw ociężale ruszyłem maszyną powoli ospale jednak im bliżej miałem do domu gnałem junaka ile się dało. Mijając Elbląg jadąc siódemką miałem wrażenie, że łańcuch za sobą ciągnę, taki był długi. Gdyby nie łańcuch cała droga nie była by warta by wspomnieć o niej. Na marginesie dodam jeszcze, że najlepiej się odpoczywa po drodze, kiedy siedzenie boli kładąc się na ziemi. To tyle opowieści jak tylko znajdę odrobinę czasu wiem, że w Bieszczady ruszę, drogę tę można bez trudu pokonać, wystarczy 14 godz.
Archiwum
Kategorie
- Na wesoło (656)
- O moim motocyklu (14)
- Ogólne (151)
- Ogólne (5)
- Turystyka (10)
- Wszystko inne (25)
- Wszystko inne (4)